Przecież szkolenia to PIC…

szkoleniaOdbyłam wczoraj bardzo ciekawą rozmowę z osobą, która zakwestionowała sens uczestnictwa w jakichkolwiek szkoleniach, twierdząc, że to wszystko to PIC, który ma na celu wyciągnięcie ze szkolących się (naiwnych) kasy.

 

Argument nr 1: Po co ktoś ma sobie szkolić konkurencję?

Rozmowa była bardzo ciekawa, bo pozwoliła mi spojrzeć na to z punktu widzenia kogoś innego, kto również (jak i ja) ma na podparcie swojej tezy konkretne argumenty. Abstrahując od wszelkiej argumentacji organizatorów szkoleń w stylu „robię to bo Kocham ludziom pomagać”, „bo zależy mi na waszym szczęściu”  itd. itd – Skupmy się na biznesowym podejściu do tej kwestii. Bez otoczki „pomocnego ducha”.

Dlaczego wg mojego rozmówcy Szkolenia To PIC?

Po pierwsze: Po co ktoś ma sobie szkolić konkurencję?
Jeśli szkolenie organizowane jest przez specjalistę, osobę, która zajmuje się np. marketingiem internetowym, to czy wyszkolenie sobie konkurencji nie jest dla niej nieopłacalne? Czy więcej zyska ta osoba biorąc za udział w szkoleniu 100 zł z ryzykiem, że będzie miała przez to konkurentów, którzy odbiorą jej część klienckiego tortu, czy też więcej zyska zostawiając wiedzę i umiejętności dla siebie i samodzielnie wykonując dla różnych firm taki marketing? Odpowiedź biznesowa wydaje się być oczywista.

Gdzie zatem ktoś, kto robi szkolenia ma w tym przysłowiowy deal?
Gdzie jest haczyk?

Mój rozmówca widzi np. sens szkolenia własnych pracowników, ale nie widzi sensu szkolenia tych, którzy do firmy szkolącego nie należą, a jedynie wykupują udział w szkoleniach online czy stacjonarnych.

    • Łatwiej szkolić 300 osób na sali i brać za to pieniądze, niż pracować nad marketingową kampanią klienta, która trwa np. miesiąc, czy dwa. W tym czasie można zorganizować dla mniej obeznanych od siebie kilka ciekawych szkoleń. I być może zyskać więcej i przyjemniej niż stricte „pracując”.
    • Wolę 1 % z pracy 100 osób, niż 100% z własnej.
      Być może organizujący szkolenie (np. marketingowiec)  szuka do współpracy osób, dzięki którym będzie mógł zarobić więcej, np. czerpiąc prowizję z ich pracy, wciągając ich do swojego zespołu, lub mówiąc łopatologicznie „dzieląc się” z nim klientem, zarobek fifty fifty, 20-80% itd. Praca mniejsza. Szkoląc „sobie” kilku świetnych specjalistów może na tym tylko zyskać. Jeśli w przyszłości on sam wejdzie w duży projekt, będzie wiedział do kogo zwrócić się z propozycją współpracy. Sam szkolił najlepszych, wie gdzie ich szukać.
    • Deal: słomiany zapał tych, którzy przychodzą na szkolenie, płacą, ale tak naprawdę nie wdrażają go w życie, bo liczyli, że dostaną receptę na milion złotych w tydzień, a okazało się, że musieliby się nad tym napracować znacznie dłużej. Deal – zarobek na tych, którym pracować się nie chce. Uczestniczą w szkoleniach, płacą za nie, „bo nagle coś ich wzięło” ale nic z nimi dalej nie robią. Wydają pieniądze – szkolący zarabia.

Po drugie: Jaki sens dla prowadzącego mają darmowe szkolenia? Ktoś musiałby być nieźle szurnięty, żeby za darmo przekazywać konkurencji wiedzę, do której dochodził latami – za darmo..

  • szkoleniaDokładnie. Musiałby być szurnięty.
    Ale…: zwykle na koniec takich darmowych szkoleń prowadzący proponuje np. wykupienie uczestnikom bardziej rozbudowanego, konkretniejszego szkolenia u siebie, wersji profi, zwykle płatnej zdecydowanie więcej. Tu jest deal.
  • Prestiż. Szkolący za darmo – zwłaszcza, jeśli ma już w swojej dziedzinie osiągnięcia, buduje w ten sposób swoją markę, powiększa prestiż, jest rozpoznawalny, nawiązuje istotne kontakty (baza klientów, baza potencjalnych współpracowników), które na różnym etapie jego pracy i kariery mogą mu się przydać.
  • Dalej: będąc konkretnym specjalistą, prowadząc szkolenia za darmo, wyrabia sobie wyżej wspomnianą markę. Potem napisze książkę, ebooka, poradnik, nagra video, urządzi płatny kurs – i dzięki „marce” i rozpoznawalnemu nazwisku zarobi na tym. Efekty długofalowe.
    Tu także pojawia się tzw. dochód pasywny – ktoś, kto był na darmowym szkoleniu danej osoby, po latach prawdopodobnie zobaczy jej książkę, kurs czy inny produkt i kupi go. Podobnie zrobią Ci, którzy na szkoleniu nie byli, ale dajmy na to przeczytali kim jest prowadzący, jak działa, jak wiele szkoleń zorganizował itd. itd., a że akurat są „w temacie” to zaciekawieni kupią tą książkę. Specjalista napisze ją raz – a sprzeda wielokrotnie, nawet po latach od jej napisania. To kolejny deal.

P.S Anthony Robbins prowadzi dziś na całym świecie spotkania/szkolenia/wykłady, na których pokazuje ludziom, jak zmieniać swoje życie, jak osiągać cele, jak stawać się lepszą wersją siebie, jak motywować się do działania. Ideologicznie: pomaga ludziom na wielu trudnych etapach ich życia. Biznesowo: nie robi tego za darmo, co wydaje mi się oczywiste. Tu również jest deal. Kilka dni temu kupiłam jego książkę „Obudź w sobie Olbrzyma”. Oryginał został wydany w 1992 r (22 lata temu!). Sprzedaje się do dziś.

A jakie wy dorzucilibyście tu argumenty, które podważają opinię, że „Szkolenia To PIC”?
Tak czysto biznesowo, bez wizji „zbawiania świata” przez szkolącego:) ?
Coś pominęłam?

Dodaj komentarz